Czy tak naprawdę pomagamy uchodźcom?

Ustawiamy ludzi w kolejkach i chcemy, żeby spokojnie czekali, a po przekazaniu im pomocy liczymy, że będą zadowoleni i wdzięczni. Zamiast takiej dobroczynności, lepiej wspierać uchodźczynie i uchodźców w ich walce o prawo do decydowania o sobie samych.

Dobre intencje

Tłum kłębi się na peronie dworca Keleti. Ludzie próbują wsiąść do pociągu, który zaraz odjeżdża do Wiednia. Nikt nie chce zostać na Węgrzech. – Jeśli mam zaczynać życie od nowa, to jasne, że wolę w zamożniejszym państwie – mówi Amina, która pochodzi z Syrii. Wokół tłumu krążą wolontariusze w odblaskowych kamizelkach. Rozdają małe pakunki. – Co to? – pyta Amina. – Pyszne kanapki – wyjaśnia z uśmiechem wolontariuszka. – Dziękuję, ale mam swoje jedzenie – odpowiada uchodźczyni.

Wiele osób bierze zawiniątka, nie wiedząc, co w nich jest. – Chcemy iść dalej! – krzyczy po angielsku ktoś z tłumu. Wolontariusze kontynuują pracę. W tłoku i ogromnym zamieszaniu ludzie gubią swoje rzeczy. Niektórzy, by móc zmieścić się do pociągu, wyrzucają część bagażu. W koszu lądują też kanapki. Wieczorem węgierskie, a potem także polskie media, obiegną zdjęcia, jak „niewdzięczni migranci gardzą pomocą”.

Latem 2015 roku, uchodźcy i uchodźczynie wyważyli drzwi do sytej Europy. Ludzie z Syrii, Afganistanu, Iraku, ale także Pakistanu, Iranu, Maroka i wielu afrykańskich państw doprowadzili do otwarcia granic i zawieszenia reżimu opartego na konwencji dublińskiej. Europa nie mogła dłużej udawać, że nie widzi problemu wojen, za których prowadzenie też jest odpowiedzialna.

Dramatyczne historie uciekinierów opowiadano w wielu reportażach. Równie wiele relacji dotyczyło wolontariuszy niosących im pomoc. Od samego początku aktywiści i aktywistki, od anarchistek po chrześcijan, ruszają na greckie wyspy, do obozów oraz na bałkańskie granice. Przywozimy głównie dobre chęci, ale także pomoc materialną, która – naszym zdaniem – jest potrzebna przybyszom. Nie zawsze rozumiemy, że najbardziej ludzie chcą mieć zwykłe prawo do decydowania o własnym losie.

DSC_0075„To nie my powinniśmy to robić”
Presevo, albańskie miasteczko na granicy Serbii i Macedonii, to tędy wiedzie „bałkański szlak”. We wrześniu 2015 roku władze w Belgradzie wprowadziły obowiązek rejestracji uchodźców. W tym okresie każdego dnia do Preseva przybywa od kilkuset do kilku tysięcy osób. Do ich obsługi jest zaledwie 7 komputerów. Szybko powstaje gigantyczna kolejka. Bez jedzenia, wody i toalet ludzie muszą czekać nawet po kilka dni.

Na miejscu dołączam do grupy tzw. „niezależnych wolontariuszy” – to mniej lub bardziej przypadkowe osoby z różnych państw, które chcą pomóc. Nasza praca to rozdawanie jedzenia, wody oraz peleryn. Panuje wielkie napięcie, uchodźcy są wściekli i zmęczeni. Naszymi działaniami pomagamy im przetrwać oczekiwanie, ale i zachęcamy do zachowania spokoju i słuchania poleceń wydawanych przez policjantów.

Nasilające się opady deszczu sprawiają, że czekający brodzą w wodzie sięgającej kolan. W połączeniu z niską temperaturą, spadającą w nocy w okolice zera, sytuacja robi się niebezpieczna. Po jednej z ulew u kilkorga dzieci pojawiają się dreszcze, majaczenia, a nawet utraty świadomości. Na miejscu jest zaledwie kilku lekarzy. Wolontariusze, bez namysłu biorą chore dzieci na ręce i biegną z nimi w poszukiwaniu pomocy.

– Czy wy oszaleliście? – krzyczy jedna z lekarek. – To jest hipotermia, przez takie noszenie wychładzają się jeszcze bardziej.

Po tej sytuacji ktoś powiedział: „To nie my powinniśmy to robić”.
IMG_2925

To nie jest w porządku
Wiosna 2016 – po zamknięciu „bałkańskiego szlaku”. Namiotowe obozowisko na grecko-macedońskiej granicy w Idomeni tonie w błocie. Deszcz pada bez przerwy dwie doby. Todar, koordynator organizacji InterVolve, zdecydował, że tego dnia pojedziemy rozdawać papier toaletowy. Miały być płaszcze przeciwdeszczowe i kalosze, ale koordynator nie sprawdził, że w magazynie zostało ich tylko kilka. Jest papier, jedziemy.

Gdy tylko zjawiamy się w Idomeni, przed kontenerowym biurem InterVolve ustawia się kolejka. Ludzie stoją po kostki w błocie. Na oko jest ich około setki. – Line, line – krzyczy do nich, a może raczej na nich Todar. – Przecież czekamy – odpowiada Ramzi, chłopak który w syryjskim mieście Homs studiował matematykę. – Jedna osoba dostaje maksymalnie dwie rolki papieru – zarządza Todar. Tylko kilka osób załapuje się na ubrania przeciwdeszczowe, reszta dostaje wilgotny papier toaletowy.

Pewien mężczyzna nie wytrzymuje. Z rąk jednego z wolontariuszy wyrywa całe opakowanie papieru toaletowego. – Przestań, to wbrew zasadom – krzyczy Todar. Mężczyzna ucieka. Do wolontariuszy podchodzi Ramzi, oddaje papier toaletowy, który przed momentem otrzymał. – To nie jest w porządku – mówi. Dystrybucja trwa nadal.

Ustawiamy ludzi w kolejkach i oczekujemy, że będą spokojni i zadowoleni z tego, co dostają. Wręczając kolejne pary używanych butów, bo akurat mamy dużo, nie przyczynimy się do zmiany ich sytuację (no chyba że są to buty trekingowe, przydatne do przekroczenia zielonej granicy). Pomagając możemy co najwyżej sprawić, że ludzie będą mniej głodni, lepiej ubrani, ale dobrze poczujemy się przede wszystkim my sami.

DSC_0066

Pomaganie na etat
– Nie jesteśmy organizacją polityczną, reagujemy jedynie na kryzys humanitarny – mówi stanowczo Charli, koordynatorka norweskiej organizacji Northern Light. Jakakolwiek deklaracja polityczna mogłaby zniechęcić darczyńców, a to dzięki ich pieniądzom organizacja może funkcjonować. Grupę stworzyło kilku wolontariuszy, którzy spotkali się na greckich wyspach, do których uchodźcy przypływali z Turcji.

Northern Light to jedna z wielu organizacji wyrosłych z oddolnych inicjatyw. Spontaniczne działania przekształciły się w regularne kampanie crowdfundingowe. Wymyślono nazwy i zaprojektowano logotypy, które później trafiły na wynajmowane przez organizacje samochody oraz odblaskowe kamizelki wolontariuszy. Działania są fotografowane albo nagrywane, a zdjęcia trafiają do mediów społecznościowych. Kto ma lepsze, bardziej wzruszające materiały, ten zbierze więcej pieniędzy.

Organizacje zwykle nie rozliczają się z wydawanych środków. Darczyńcom, jako potwierdzenie, muszą wystarczyć zdjęcia, które grupy publikują na swoich stronach. Zdarzało się, że wolontariusze – również ci z Polski – z zebranych pieniędzy finansowali swoje podróże. Nie ma możliwości zweryfikowania, ile pieniędzy faktycznie trafia do uchodźców, a ile na utrzymanie samych organizacji i pensje dla etatowo pracujących koordynatorów.

Dobrą praktyką, stosowaną przez kilka nieformalnych grup (m.in. punkowo-anarchistyczną Amsterdam Delivery Mission), jest wysyłanie do darczyńców skanów rachunków, by pokazać na co poszły ich pieniądze.

Profesjonalizacja działań nie oznacza poprawy ich jakości. Dlatego przekazując wsparcie warto zainteresować się i poprosić o potwierdzenie na co zostały wydane nasze środki.

IMG_2911

Podmiotowość
Uchodźcy, którzy utknęli w obozach i koczowiskach, miesiącami, a nawet latami skazywani są na łaskę organizacji humanitarnych. Monotonię ich dni wypełniają poniżające rytuały – ustawianie się w kolejkach po: jedzenie, leki, ubrania czy jakąkolwiek pomoc. Jako wolontariusze decydujemy, kto dostanie ją w pierwszej kolejności (ma rodzinę, małe dzieci, jest w ciąży itd.), a kogo zepchniemy na koniec „listy” (najczęściej samotnych mężczyzn). Dostajemy w ręce władzę i bardzo łatwo wchodzimy w wyznaczoną rolę.

Jakościowo innym sposobem wspierania uchodźców jest nawiązywanie z nimi jak najbardziej bezpośrednich kontaktów. Konieczne jest wyjście z roli darczyńcy, wspaniałomyślnie przywożącego pomoc i spojrzenie na przybyszów z perspektywy ich praw. Zamiast gotować dla uchodźców, można zjeść wspólny posiłek, zrobić coś nie dla nich, a wspólnie z nimi. Przykładami takich działań są działające w Grecji skłoty, z ateńskim City Plaza na czele. Tam blisko 400 uchodźców i uchodźczyń, przy wsparciu aktywistów i aktywistek, wspólnie mieszka, prowadzi kuchnie, zajęcia dla dzieci i próbuje normalnie żyć.

Omijanie instytucji pomocowych sprawi, że mniej pieniędzy rozejdzie się gdzieś po drodze, a dobroczynność zostanie zastąpiona przez solidarność i równe traktowanie. Oczywiście nie każdy może jechać do Grecji, Libanu czy nawet na Węgry. Jednak wiele działań można podejmować tu na miejscu, w Polsce, np. walcząc o prawa pracownicze obcokrajowców.

Krytykowanie działań pomocowych, szczególnie w Polsce, można uznać za strzał w stopę. Wspieranie uchodźców szczególnie teraz, gdy granice są uszczelniane i powstają kolejne obozy-więzienia, jest bardzo potrzebne. Błędem byłoby jednak pozostawanie na poziomie „nakarmienia głodnych”. Trzeba bowiem głośno pytać o to dlaczego ci ludzie muszą uciekać ze swoich domów. Uchodźcy i uchodźczynie, ruszając w niebezpieczną podróż, zdecydowali się rozpocząć walkę o odzyskanie swojego życia. To przede wszystkim na tej drodze warto się nawzajem wspierać.

Tekst i zdjęcia: Piotr Malinowski

Artykuł ukazał się w szóstym numerze A-TAKU.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s