Krakowscy radni chcą zamykać szkoły!
Zlikwidujemy stołówkę!; My obniżymy temperaturę w salach o 5 stopni!; A my o 6! – do takiej licytacji skłaniają dyrektorów szkół przeznaczonych do likwidacji władze miasta. Radni, a o zgrozo i dziennikarze mamią ich perspektywą ocalenia najbardziej elastycznych placówek. Nikt jednak nie chce przyjąć do wiadomości, że zamykanie szkół jest częścią procesu komercjalizacji oświaty. Jeśli nie ulegnie zmianie myślenie o edukacji, to szkoły, które ocaleją w tym roku, i tak prędzej czy później zostaną zamknięte.
Reorganizacja krakowskiej oświaty – jak eufemistycznie nazywają drastyczną reformę Urzędnicy Magistratu – to proces, którego celem jest zmniejszenie wydatków z budżetu miasta na edukację. Główną przyczyną podjęcia tych działań jest 200 milionowa dziura budżetowa oraz szumnie zapowiadany niż demograficzny, który wpłynie na zmniejszenie subwencji oświatowej. Władze Krakowa postanowiły więc ciąć. Cięcie niestety odbywa się na oślep lub co gorsza zgodnie z czyimiś interesami. Wiele likwidowanych placówek posiada atrakcyjne, wyremontowane budynki w centrum miasta. Do tego Pani Prezydent Anna Okońska-Walkowicz związana jest ze szkolnictwem niepublicznym, które w oczywisty sposób może zyskać na pogorszeniu się jakości kształcenia w szkołach państwowych. Czytaj dalej…
„Tusk matole skąd będziesz ściągał pornole?” – Kraków nie dla ACTA
20 tysięcy osób przeszło przez Kraków w proteście przeciwko ACTA. Takiej demonstracji nasze miasto nie widziało od lat ’80.
Już od godziny 17 pod Wieżą Ratuszową zbierały się setki osób. Obecni byli przedstawiciele różnych środowisk. Na demonstracje, która z założenia miała być apolityczna próbował zaistnieć Janusz Korwin-Mikke. Jednak szybko został zasłonięty czarnymi flagami, a zebrany tłum gwizdami i okrzykami „Stop kampanii politycznej” zagłuszył jego przemówienie.
Po rozpoczęciu demonstracja ruszyła ulicą Grodzką pod Wawel następnie plantami i Franciszkańską by przechodząc ponownie przez Rynek dotrzeć pod Barbakan. Gdy tłum dochodził pod Wawel reszta zebranych nadal pozostawała na Rynku Głównym. Wiele osób przyszło z ustami zaklejonymi taśmą z napisem ACTA. Zebrani skandowali: „Tusk matole skąd będziesz ściągał pornole”, „precz z cenzurą”, „wolne media”, ”Nie dla ACTA” itp.
Akcja przebiegała w pokojowej atmosferze do samego końca.
Uczniowie okupują szkołę w Zatorze
20 uczniów i uczennic rozpoczęło w poniedziałek późnym wieczorem okupację Technikum Żywienia i Gospodarstwa Domowego w Zatorze. W ten sposób sprzeciwiają się planom starostwa w Wadowicach, które postanowiło zlikwidować placówkę i sprzedać budynek.
Jedna z protestujących uczennic Paulina Wołczyk z II klasy powiedziała, że zgromadzili się w sali gimnastycznej. Mają ze sobą materace, śpiwory oraz żywność i napoje. Przynieśli też podręczniki. Podczas okupacji szkoły lekcje będą się odbywały normalnie. – Będziemy tu do czwartku. Chcemy w ten sposób pokazać, że bardzo nam zależy na utrzymaniu szkoły, w tym lub innym budynku. W szkolę uczy się w sumie 47 osób. Nasi koledzy dołączą jutro lub pojutrze – powiedziała uczennica.
Czteroletnie technikum jest filią powiatowej szkoły, która mieści się w oddalonej o około 10 km Radoczy. Uczęszcza tam ponad 500 osób.
Opuszczony budynek starostwo chce sprzedać, a uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczyć na planowaną budowę pawilonu łóżkowego w szpitalu powiatowym w Wadowicach.
PAP
W Warszawie ulepili pierogi z rewolucyjnym farszem
Trzy szklanki mąki pszennej, jedno jajko, szklanka letniej wody, sól dla pogłębienia smaku. Składniki należy ze sobą połączyć i odstawić na 20 min. w chłodne miejsce. To przepis na podstawowe ciasto do pierogów. Jak powszechnie wiadomo, całą magią tego prostego dania jest wnętrze. Rodzaj nadzienia podlega wyłącznie ograniczeniom wyobraźni samych twórców. Pierogi przyjmą do swego środka, praktycznie każdy produkt. Okazuje się, że może się tam również pomieścić całkiem sporo ideologii, buntu, protestu, wiary w lepsze jutro. Pierogi w odpowiedniej formie mogą się stać narzędziem manifestu i walki politycznej. Brzmi absurdalnie? Nic bardziej mylnego.
Tekst Wojciecha Kapieszuka i Magdaleny Dubrowskiej, Prasowy bar mleczny – najbarwniejszy protest 2011 opublikowany na łamach Gazety Wyborczej, opowiada historię warszawskiego baru mlecznego „Prasowy”, zaraz po jego zamknięciu. Lokal nie pozostawał jednak długo pusty. Kilka dni po wywieszeniu przez najemcę kartki „Likwidacja lokalu”, do środka weszła grupa młodych ludzi. Należy dodać, że w świetle prawa uczynili to nielegalnie. Niczym partyzanci Asłana Maschadowa, zajęli kuchnię i rozpoczęli wielkie gotowanie. Arsenał w postaci produktów spożywczych i garnków przynieśli ze sobą. Już po chwili prócz nich na miejscu pojawili się stali bywalcy „Prasowego” – przechodnie oraz miejscy urzędnicy i policjanci. Po dwóch godzinach „obywatelskiego” gotowania, policja zmusiła jednak wszystkich do wyjścia na zewnątrz. Tam otoczeni kordonem, zostali wylegitymowani. Nasuwa się pytanie, skąd zatem takie zamieszanie wokół zwykłej jadłodajni?
„Prasowy” był barem mlecznym mieszczącym się przy ulicy Marszałkowskiej przez pond 50 lat. Jak zaznaczają autorzy tekstu, był to jeden z ostatnich tego typu obiektów gastronomicznych w Warszawie. Jego klientelę stanowili głównie studenci i emeryci. Właściciel lokalu, którym jest miasto, podnosząc regularnie czynsze zmusił najemcę do zrezygnowania z działalności. Niby naturalna droga wolnego rynku. Szkody społeczne są jednak znacznie większe niżby chciało tego miasto.
Pierogowy protest miał zmusić urzędników i samych warszawiaków do debaty na temat planów rozwojowych miasta. Chciano nim zwrócić uwagę, że miasto dba wyłącznie o bogatszych mieszkańców. Ludzie ubożsi, którzy również mieszkają w centrum, są traktowani, jako gorszy element społeczeństwa. Jaki pożytek dla ludzi mieszkających w okolicy przyniesie kolejny bank lub kawiarnia (w której kawa kosztuje 15 zł)? Argumentem władz lokalnych jest plan urbanizacyjny, który ma przemienić Warszawę w europejską metropolię. To, co nie przystaje do tego obrazu powinno być usunięte na peryferie. Burmistrz dzielnicy, Wojciech Bartelski stwierdził, że warszawiacy zasługują na śródmieście o europejskich standardach. Ma być nowocześnie, a to, że drożej to już trudno.
„A co z ludźmi?”, zdają się krzyczeć naleśniki. „Gdzie w tym wszystkim zagubiono człowieka?” dopytuje surówka z marchewki. „Czy warszawiacy nie zasługują, żeby zwyczajnie mieszkać w swoim mieście?” oburzają się kluski leniwe. Czy nasze miasta muszą stać się odbiciem Londynu, Nowego Jorku czy Berlina? Co, jeżeli chcemy przejmować wzorce, które nie są dobrymi rozwiązaniami? Wmawia się nam, że schemat centrum jako dzielnicy luksusowej i finansowej jest czymś najwłaściwszym. Jeśli kogoś nie stać na nowe standardy, powinien się wyprowadzić. W tej całej taktyce, ubożsi traktowani są jak przedmioty, które można swobodnie przestawiać. Miasta będące niegdyś symbolem wolności i swobody, zaczęły wznosić bariery przed swoimi właścicielami. Kapitał stał się zaporą. Jest nowym i legalnym narzędziem wykluczenia. Nasza przestrzeń życiowa się kurczy. Sklepy zastępowane są bankami, a skwery parkingami. Władze wielu miast rozpoczęły politykę ich unowocześniania, nie patrząc na szkody, jakie wyrządzają tym swoim mieszkańcom. Rozwarstwienie społeczne rośnie. Tym samym ludzi, których stać na życie w luksusie metropolii jest coraz mniej. Komu ma zatem przysłużyć się polityka „europeizacji” centrów?
„Zjadłem pierogi z soczewicą. To cała moja wywrotowa działalność na dzisiaj” powiedział młody człowiek do kamery. Za jego plecami policjanci z oddziału prewencji czekali na podjęcie interwencji przeciw ludziom broniącym taniego pożywiania. Kilka miesięcy wcześniej mieszkańcy Łodzi bronili własnymi ciałami małego zieleńca przed blokiem. Chcieli drzew, nie betonu. Dzięki interwencji policji, ponieśli porażkę. W tym wszystkim w głowie brzmią mi słowa wspomnianego już burmistrza Bartelskiego. Jego wpis na Facebooku głosił: „Cecha szczególna: nie posiadam wrażliwości społecznej. Ale skoro wszyscy dookoła są jej pełni, to mała strata…”.
I na zakończenie jeszcze jeden przepis. Pusta, szklana butelka (pojemność ok. 0,5 litra). Napełniamy ją w 2/3 benzyną. 1/3 stanowić zaś powinny płatki mydlane i wiórki styropianowe. Zatykamy ją szmatką (najlepiej bawełnianą). Gotowy produkt powinien być bardziej niestrawny dla antyspołecznej władzy niż pierogi.
Szkoła to nie firma!
Za tworzenie przyjaznej przestrzeni dla rozwoju edukacji w listopadzie 2011 roku Miasto Kraków zostało uhonorowane certyfikatem „Samorządowego Lidera Edukacji”. Prestiżową nagrodę odebrała Zastępca Prezydenta Miasta Krakowa Anna Okońska-Walkowicz. Teraz zapowiada ona drastyczne reformy: zamykanie szkół i cięcie wydatków na oświatę. Działania te w wielu sferach nie pozwolą szkołom na prawidłowe pełnienie podstawowych zadań.
Budżet Krakowa na edukację wynosi 1 mld 143 mln złotych. Z tej kwoty 675 mln stanowi subwencja oświatowa, czyli pieniądze przekazane bezpośrednio z budżetu państwa. Resztę czyli około 468 mln złotych dokłada Kraków z własnych środków. Zdaniem pani prezydent kwota ta jest stanowczo za duża. Dla porównania warto przytoczyć, iż na pensje miejskich urzędników z budżetu Krakowa przeznaczono 1,2 mld złotych.
Pomysłów na oszczędzanie Anna Okońska-Walkowicz ma kilka. Począwszy od drobnych jak zatrudniania zewnętrznych firm sprzątających w placówkach, zastąpienie szkolnych stołówek przez katering aż po przekazywanie mniejszych szkół stowarzyszeniom czy tworzeniu placówek molochów z oddziałami klasowymi po 40 osób. Wszystkie sposoby na oszczędzanie mają wspólny mianownik, którym jest komercjalizacja edukacji. Uczniowie których rodziców stać na płacenie za szkołę pozostaną w małych, przyjaznych placówkach być może z jeszcze lepsza ofertą niż obecnie. Biedniejsi będą skazani na naukę w szkołach dużych oferujących gorsze warunki nauki. W praktyce np. zamiana szkolnej stołówki na firmę kateringową będzie oznaczała wzrost cen posiłków. Te serwowane w stołówce kosztują średnio w granicach 3 złotych. Już w chwili obecnej części najuboższych dzieci na nie niestać. Kto będzie więc mógł sobie pozwolić na podawane przez firmę kateringową o wiele droższe obiady?
Niedawno okazało się jednak, że istnieją w Krakowie również takie szkoły, którym nawet i te zabiegi nie pomogą. Pani wiceprezydent przeznaczyła je do całkowitej likwidacji z powodu małej liczby uczniów, a tym samym zbyt kosztownego ich utrzymania w budynkach, które mogłyby być wykorzystywane lepiej, gdyby uczniów było więcej. Lub gdyby je odsprzedać, ewentualnie wynająć komuś innemu. Komuś, kto przynosi zysk. Wiele krakowskich szkół jest obecnie poddawanych wnikliwym kontrolom mającym wykazać ich nierentowność.
Rodzice i pracownicy przeznaczonej do likwidacji szkoła podstawowa nr 16 by uratować placówkę przedstawili szereg reform. Pomysły takie jak zatrudnienie zewnętrznej firmy sprzątającej, znalezienie firm, które będą wynajmować sale czy obniżenie temperatury w salach lekcyjnych o dwa stopnie znalazły uznanie w oczach pani prezydent. Krakowska „szesnastka” nie miała więc wyjścia – podobnie jak wiele innych szkół zmuszono ją by upodobniła się do firmy, której naczelnym zadaniem jest utrzymanie się na rynku. Zadanie tyleż konieczne, co kłopotliwe, bo przecież szkoły same z siebie zysków materialnych nie przynoszą, nie taka bowiem ich rola. Może o tym jednak nie wiedzieć pani Okońska-Walkowicz, która na spotkaniach z dyrektorami szkół otwarcie przyznaje, że posiada doświadczenie przede wszystkim w prowadzeniu niepublicznych placówek oświatowych, co jednak nie przeszkadza jej zająć się sprawami szkół publicznych.
Tymczasem wielu młodych ludzi uczęszczających do placówek, które pani wiceprezydent przeznaczyła do likwidacji, swoje szkoły wybrało ze względu na małą ilość uczniów, która pozwala na dobrą atmosferę w klasie i lepsze warunki do nauki. Przeraża ich edukacja w szkołach, w których sale i korytarze są zatłoczone, a uczniowie anonimowi. I mają rację, bo jeśli dzieci jest zbyt dużo, nie można poświęcić wystarczającej ilości czasu na zaspakajanie ich indywidualnych potrzeb edukacyjnych i rozwojowych. Oznacza to kształcenie na niższym poziomie, brak bezpieczeństwa i większe ryzyko wystąpienia trudności wychowawczych.
Zmniejszenie zespołów klasowych obiecywano nauczycielom już na przełomie lat 80. i 90., tymczasem kiedy do szkół wpływa niż demograficzny, utrzymuje się zatłoczone klasy, a placówki, które wreszcie odetchnęły od nadmiaru uczniów, zamyka się, zamiast skorzystać z naturalnej możliwości na poprawę ich funkcjonowania. Mnożą się pomysły na reformy, które chaotycznie jedna po drugiej wprowadzane są w życie, o najprostszych i najefektywniejszych rozwiązaniach się zapomina. Ale trudno się dziwić, skoro nauczyciele i uczniowie od dawna nie mają żadnego wpływu na decyzje podejmowane w sprawach oświaty, chociaż to właśnie oni są najbliżej szkolnych problemów.
Kłopotliwy wydaje się także specyficzny charakter niektórych placówek przeznaczonych do likwidacji. Zamknięty ma zostać między innymi Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy nr 5 oraz Zespół Szkół Specjalnych nr 2. Trudno wyobrazić sobie przeniesienie uczącej się tam młodzieży do pierwszej z brzegu placówki, która będzie w stanie pomieścić odpowiednią ilość uczniów. Dyrektor Gimnazjum nr 3 (szkoły, która również ma być zamknięta), pani Anna Kantorek, długo zabiegała o stworzenie klasy integracyjnej dla dzieci z problemami zdrowotnymi i emocjonalnymi. Urząd nie wyraził zgody, zatem w wielu przypadkach nauczyciele byli zmuszeni zorganizować dla uczniów z dysfunkcjami nauczanie indywidualne i zajęcia rewalidacyjne, które zawyżają koszty. Nie sposób jednak opszeć się wrażeniu, że w przypadku tej placówki powodem rozrzutności nie jest zła wola dyrekcji, lecz brak doświadczenia urzędników. Powszechnie wiadomo również, że w im mniejszych zespołach uczą się dzieci z dysfunkcjami, tym bardziej możliwe jest udziele im odpowiedniej pomocy.
Problemem okazuje się również Zespoł Szkół Mechanicznych nr 4, a właściwie pomysł jego likwidacji. Bo co zrobić z uczniami, którzy kształcą się w zawodzie technika lotniczego (dodajmy w jedynej takiej szkole w Małopolsce) i są właśnie w środku lub na ukończeniu cyklu kształcenia? Na to pytanie nie ma właściwej odpowiedzi. Bo jeśli szkoła zniknie, województwo nie będzie miało dla nich żadnej oferty na dokończenie edukacji w zawodzie, w którym już zaczęli się kształcić.
Ale być może nie powinno nas to dziwić, bo bez odpowiedzi pozostaje o wiele więcej pytań. Na przykład: jak miasto, które odmawia opieki nad Młodzieżowymi Domami Kultury i spycha ten obowiązek na rodziców, może otrzymać nagrodę „Samorzadowego Lidera Edukacji”? Jak może otrzymać ją miasto, które ze swoimi szkołami chce zrobić dokładnie to samo, bo uważa, że są nieopłacalne?
Zmiany bez wątpienia są konieczne. Ale najważniejsza z nich powinna dotyczyć naszej podmiotowości. Czas, aby decyzje podejmowali ci, których będą dotyczyły ich skutki.
Watykan odpowiada lokatorom z Kazimierza
Przedstawiciele Watykanu nie pomogą w rozwiązaniu trudnej sytuacji lokatorów z ulic Józefa i Bożego Ciała. Odpowiedź Nuncjatury Apostolskiej w Polsce na list mieszkańców poza tym informuje, iż zakon Kanoników Laterańskich Regularnych już od kilku lat planował dzierżawę budynków, a co za tym idzie eksmijsę lokatorów.
Przypomnijmy, w kamienicach przy ulicach Bożego Ciała 24 oraz Józefa 9 i 11, należących do Zakonu Kanoników Laterańskich Regularnych mieszka około 300 osób i mieści się kilka punktów usługowych. Ponad rok temu budynki zostały wydzierżawione firmie De Silva Haus, która zamierza opróżnić je z lokatorów i przekształcić w luksusowe centrum konferencyjno-hotelowe.
Mieszkańcy kamienic przy wsparciu Federacji Anarchistycznej Kraków rozpoczęli akcję protestacyjną. Zebrano kilka tysięcy podpisów pod petycją w sprawie zachowania charakteru budynków, w koście odpowiedzialnym za plany eksmisji odbyła się msza zamówiona przez lokatorów w intencji zachowania ich domostw. Ostatnio zwrócono się z prośbą o pomoc do przedstawicieli Watykanu w Polsce. - Poszliśmy za radą księdza Roberta Nęcka [przypis red. rzecznika archidiecezji krakowskiej]. Tłumaczył nam że zakon nie podlega kurii tlyko bezpośrednio Watykanowi - wyjaśnia Jakub Wróblewski z Federacji Anarchistycznej.
W liście skierowanym do nuncjusz apostolski abp Celestino Migliore oraz opat generalny Zakonu Kanoników Regularnych Laterańskich o. Bruno Giuliani napisano: „Od pokoleń związani jesteśmy z Kościołem Bożego Ciała i Zakonem. Wszystkie najważniejsze etapy w naszym duchowym życiu były nierozerwalnie związane z tą parafią. To tu większość z nas była chrzczona, przystępowała do Komunii Świętej oraz Bierzmowania, zawierała sakrament małżeństwa i żegnała swoich najbliższych. Dlatego jest dla nas bardzo bolesnym zwracanie się do Waszej Ekscelencji z prośbą o interwencję. Prosimy Waszą Ekscelencję o wstawiennictwo w obronie naszych rodzin. Wierzymy, iż ojciec przeor Dariusz Kaczyński może dostrzec krzywdę, jaką nam wyrządza, i cofnąć decyzję o wydzierżawieniu budynków”.
W odpowiedzi Nuncjatura Apostolska w Polsce pisze: „Sprawa jest trudna gdyż dotyczy Państwa mieszkania. Sprawy tego typu winny być załatwiane zgodnie z procedurami przewidzianymi przez prawo polskie oraz we współpracy z właścicielem mieszkań. Z informacji otrzymanych od właściciela budynków wynika, że już sześć lat temu została zasygnalizowana wola podjęcia rozwiązań, które dziś są realizowane. Zapewne dalsze rozmowy, prowadzone z dobrą wolą z obu stron, pozwolą na znalezienie zadowalających rozwiązań.”
Zdaniem lokatorów w odpowiedzi nie ma żadnych konkretów. – Władze kościelne robią wszystko, żeby zepchnąć odpowiedzialność na innych – mówi pani Teresa. lokatorka z ulicy Józefa. – Kuria, na Watykan, Watykan na ojca Przeora, a ojciec Przeor nie chce z nami rozmawiać – wylicza. Lokatorów niezwykle zbulwersowała informacja, że o planach zakonu dowiedzieli się już po fakcie. Jak mówią pięć lat za późno. - Przez ten okres, wiedząc że mamy trafić na bruk, nie inwestowalibyśmy w remonty naszych mieszkań i budynków – podkreśla.
Systemy się zmieniają przemoc państwa trwa
W 30 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w Polsce na krakowskim rynku odbyl się happening poświęcony pamięci ofiar państwowej przemocy. Oprócz ofiar milicji i SB przypomiano iż po upadku PRLu przemoc ze strony policji oraz innych organów władz wcale się nie skończyła.
Milicja, policja – jeden pies?
Przemek Czaja, Stanisław Pyjas, Maxwell Itoya, Bogdan Włosik – co łączy te osoby? Wszystkie poniosły śmierć z rąk funkcjonariuszy, którzy w założeniu mieli strzec ich bezpieczeństwa. Część zginęła w czasach PRL, część już w III RP. Chodź działania służb w obu systemach na pewno różnią się skalą, to w obu przypadkach często kierowane są przeciwko społeczeństwu i pozbawione jego kontroli.
13 grudnia, rocznica wprowadzenia stanu wojennego stanowi symbol przemocy władz PRLu przeciw polskiemu społeczeństwu. Tego dnia media, politycy, autorytety przywołują pamięć tysięcy ofiar minionego reżimu. Ze słusznym potępieniem mówi się o internowaniach, zastraszaniach czy morderstwach popełnianych przez państwowych funkcjonariuszy. Nikt jednak nie zastanawia się ile ofiar na swoim koncie mają służby, które w założeniu mają strzec bezpieczeństwa obywateli, wolnej już przecież III Rzeczpospolitej.
Z czasów PRLu polska policja wyniosła poczucie bezkarności. Uwidacznia się to w wielu przypadkach bezsensownej, niczym nieuzasadnionej przemocy stosowanej przez funkcjonariuszy. Śmiertelne pobicie przez policjantów w Nowym Targu mężczyzny chorego na schizofrenię, zgwałcenie przez funkcjonariusza na komisariacie w Lublinie studentki farmacji, rozjechanie kibica z Zielonej Góry przez policyjny radiowóz czy brutalne pobicie ( skutkujące trwałym uszkodzeniem kręgosłupa) oraz wtargnięcie do mieszkania informatyka Piotra D. przez antyterrorystów to tylko kilka historii, które ujrzały światło dzienne. Również często policja wykorzystywana jest przez władze do tłumienia protestów społecznych. W wolnej Polsce funkcjonariusze atakowali pokojowo protestujących przeciwników wojny, związkowców, lokatorów, zastrzelili na stadionie dziesięciolecia czarnoskórego Maxwella Itoyi czy ostatnio na oczach kamer brutalnie pobili jednego z nieagresywnych uczestników Marszu Niepodległości.
Skuteczne przeciwstawienie się bezprawnym działaniom policji wydaje się niezwykle trudne. Nieliczne ujawniane sprawy najczęściej ciągną się latami by ostatecznie kończyć się umorzeniami lub ewentualnie wyrokami w zawieszeniu. Policja stosuje też zasadę zastraszania i kontr-pozwów np. zarzucając naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza. Niestety w parze z ciągle zwiększanymi uprawnieniami dla policji nie idzie zwiększanie ich odpowiedzialności za popełniane przestępstwa. Przywoływane co jakiś czas przez obrońców praw człowieka pomysły wprowadzenia monitoringu wszystkich przesłuchań również nie znajdują uznania w oczach decydentów.
Niezwykle trudno ocenić, ile osób, które dotknęła przemoc, a potem szantaż ze strony policjantów, decyduje się wejść na drogę sądową, która zwykle jest drogą przez mękę. W Polsce sprawy o nadużycie uprawnień przez policję toczą się latami. Niedawno zakończyła się kolejna odsłona procesu czterech policjantów, którzy w 2004 r. ostrzelali w Poznaniu samochód. Zginął wtedy 19-letni Łukasz T., a jego kolega Dawid Lis odniósł ciężkie rany, do końca życia będzie inwalidą.
Policjantów uniewinniono, gdyż – zdaniem sądu – użyli broni palnej zgodnie z prawem. Strzelali, bo poczuli się zagrożeni. Jak tłumaczyli podejrzewali, że samochodem porusza się groźny przestępca. Próbowali auto zatrzymać, ale kierowca nie słuchał ich poleceń. Dla sądu nie miało znaczenia, że młodzi mężczyźni też czuli się zagrożeni. Byli przekonani, że napadli ich bandyci. Policjanci poruszali się cywilnym samochodem, nie mieli mundurów, ani widocznych odznak. Rodziny ofiar zapowiedziały apelację, a potem wniesienie skargi do Trybunału Międzynarodowego w Strasburgu.
Ze statystyk dostępnych na stronie internetowej Komendy Głównej Policji wynika, że w policji panuje przyzwolenie na stosowanie przemocy i naginanie uprawnień. W takich sytuacjach przełożeni skutecznie bronią swoich podwładnych. Liczba przewinień policjantów wzrasta (w 2002 r. – 5710, w 2008 r. – 6361), ale liczba kar maleje (w 2002 r. ukarano dyscyplinarnie 2855 policjantów, w 2008 r. – już tylko 620). w 2002 roku wydalono ze służby 308 policjantów, w 2008 zaledwie 27. Statystyka ta dowodzi, iż policjanci stają się coraz bardziej bezkarni.
Trwa Okrągły Stół Mieszkaniowy
W Krakowie od października odbywa się Okrągły Stół Mieszkaniowy. 12.12. o 17,00 w budynku Urzędu Miasta przy Pl. Wszystkich Świętych 3/4 odbędzie się trzecia debata na temat nielegalnych przejęć kamienic w Krakowie i eksmitowania z tych kamienic lokatorów, którzy zostali skierowani do zamieszkania tam decyzjami administracyjnymi.
Chcemy zmusić miasto, policje, prokuraturę, aby sprawdzili dokumentację na podstawie której kamienice były i sa przejmowane (za wiele z nich zostały wypłacone odszkodowania indemnizacyjne). Chcemy też aby zostały sprawdzone osoby, które w ostatnich latach „otrzymały” bądź „zakupiły” po kilkanaście kamienic. Chcemy zmusic władze miasta, aby wywiązywały się z ustawowego obowiązku budowania mieszkań komunalnych (zamiennych i socjalnych) oraz mieszkań czynszowych pod wynajem.
Oficjalna strona OSM na dialoguj.pl. (choć to strona urzędowa i oni zamieszczają tam minimum informacji).
Dorota, uczestniczka ruchu lokatorskiego
Przeciw antyspołecznym działaniom władz i pracodawców
Protesty przeciwko likwidacji Młodzieżowych Domów Kultury oraz zwolnieniom w Hucie ArcelorMittal odbyły się w tą środę w Krakowie.
Barwny protest przeciwko likwidacji MDKów rozpoczął się o godzinie 15,00 pod Urzędem Miasta Krakowa. Kilkaset osób zebrało się by zaprotestować przeciwko planowanemu ograniczeniu finansowania placówek z miejskiej kasy. Propozycja przedstawiona przez zastępca prezydenta ds. edukacji Annę Okońską-Walkowicz w praktyce oznaczać będzie likwidację lub komercjalizację MDKów.
Protest zebrał przedstawicieli wszystkich grup wiekowych i zjednoczył osoby o różnych poglądach. Podczas wiecu głos zabierali też radni oraz politycy różnych opcji. Ich wystąpienia spotykały się jednak z gwizdami i protestami. – Nie chcemy tu wiecu politycznego! – krzyczeli zebrani. Gdy do zgromadzonych przemawiała zastępca prezydenta Anna Okońska-Walkowicz rozległy się okrzyki „kłamstwa” oraz „Precz z tą panią”. Pod koniec wiecu już po przemówieniach „poważnych” dorosłych i polityków głos zabrał jeden z młodych uczestników demonstracji. - Nie chcemy polityków, nie chcemy z nimi rozmawiać, chcemy z nimi walczyć. To oni są odpowiedzialni za tą decyzję! - grzmiał ku oburzeniu dorosłych organizatorów protestu i przy aplauzie pozostałych zebranych.
Również dziś pod Hutą ArcelorMittal w Krakowie (dawną hutą im. Tadeusza Sendzimira) protestowało 600 związkowców głównie z Solidarności. Na dwie godziny przerwali pracę by w ten sposób zaprotestować przeciwko planowanym zwolnieniom. Akcja była częścią międzynarodowego dnia protestów w zakładach należących do indyjskiego koncernu ArcelorMittal. We Francji w demonstracji pod hutą w Liege wzięło udział około 40 tysięcy osób.



